
Nigella: Semifreddo to niezupełnie lody, na co ich nazwa – pół-zimne, w tłumaczeniu – mogłaby wskazywać. Nie ma tu przygotowywania kremu budyniowego, ani też ubijania podczas zamrażania, co sprawia, że życie kucharza jest o wiele prostsze. Otrzymujemy za to łagodny, miękki kawałek chłodnego, prawie zmrożonego kremu o konsystencji delikatnego aksamitu. Ta łagodna, miodowa wersja deseru pasuje smakiem do aksamitnej konsystencji. Z jakichś powodów, czasem gdy robię ten deser, wychodzi mi blok jednolicie żółtobrązowego kremu; innymi razy zostaję z miodowym paskiem w kolorze żywicy u podstawy lub na szczycie, kiedy stawiam go górą do dołu. Ale teraz wy będziecie gotować. Każda z form doprowadza do wspaniałego rezultatu. Podając do stołu dodajcie więcej miodu w kolorze bursztynu i posypcie prażonymi orzeszkami pinii, aby otrzymać wymarzony, najprostszy deser, jaki można sobie wyobrazić.


Śmietanę kremówkę ubijamy na gęsto i delikatnie dodajemy do niej masę z jaj i miodu. Wlewamy całość do przygotowanej wcześniej formy i ostrożnie przykrywamy folią spożywczą, przed włożeniem do zamrażalnika na około 2-3 godziny.
Kiedy deser jest gotowy do podania, wykładamy go na odpowiedniej wielkości talerz i skrapiamy miodem, jeszcze przed cięciem na kawałki, posypując prażonymi orzeszkami pinii. Semifredo szybko się rozpuszcza, ale to również składa się na urok jego niebiańskiej konsystencji. Jeśli będziecie mieli trochę ciemnego, gęstego wina deserowego w kolorze miodu do popijania - tym wspanialej.